16 In Biznes/ Emigracja

Czy da się prowadzić biznes na macierzyńskim?

Wnioski po pierwszych 6 miesiącach

Oj, długo zbierałam się do napisania tego artykułu. Psychicznie, bo nie do końca wiedziałam, jak brzmi odpowiedź na postawione przeze mnie pytanie. Nie umiałam też wygospodarować 2–3 godzin w ciągu dnia, w czasie których mój mózg byłby w na tyle dobrej kondycji, aby tworzyć i pracować. I tak odwlekałam, aż wreszcie wizyta mojej mamy, która zajęła się wnuczką, zapewniła mi trochę luzu i pozwoliła dłużej posiedzieć przed monitorem. Chwała jej za to! W końcu – od czego są mamy? 😉

Wracając do tematu: z urlopem macierzyńskim wiąże się wiele przekonań, jak na przykład te, że wywraca życie do góry nogami lub że z osoby kompletnie niezorganizowanej stajemy się mistrzyniami planowania i przewidywania. Niektóre kobiety właśnie w tym okresie odnajdują swoje powołanie – w końcu podczas karmienia dziecka (zwłaszcza piersią przez pierwsze trzy miesiące, kiedy karmienie trwa i trwa) jest naprawdę sporo czasu na rozmyślania. Dodatkowo spacery z dzieckiem pozwalają snuć coraz większe wizje i marzyć (a stąd o krok do stania się wizjonerem).

Ja również miałam swoje przekonania. Zgadzam się z opiniami, że życie z dzieckiem jest inne; że dotychczasowe funkcjonowanie zmienia się o 1000 stopni. Ma to, oczywiście, zarówno swoje plusy, jak i minusy; pojawiają się zarówno piękne chwile, jak i te, które najchętniej wykreśliłabym z pamięci. Macierzyństwo zmienia nas, nasze zarządzanie czasem, nasze priorytety i postrzeganie świata. Zmienia nasze biznesy.

MOJA WIZJA URLOPU MACIERZYŃSKIEGO PRYWATNIE I BIZNESOWO

przed urodzeniem Zuzi

Z perspektywy czasu śmieszy mnie to, jak bardzo człowiek potrafi być naiwny. Dokładnie miesiąc przed porodem, po zakończeniu pierwszej edycji mojego kursu online Podstawy Biznesu w UK, gdy dałam sobie nieźle w kość, snułam wizję tego, co będzie się działo, gdy urodzi się moja córka. Oczywiście nie chciałam się katować, więc dałam sobie ok. 60 dni na oswojenie się z nową sytuacją, postanawiając przeznaczać czas tylko na naszą rodzinę, dochodzenie do siebie po porodzie i tak dalej.

Odpowiednio się do tego przygotowałam: zaplanowałam inicjatywy na blogu oraz w mojej grupie na FB (klik), aby bez wyrzutów sumienia poświęcić się rodzinie. Drugą edycję kursu  ostrożnie zaplanowałam na listopad, w najgorszym wypadku na styczeń. Wszystko było świetnie przemyślane i przewidziane. Byłam z siebie dumna.

Pod koniec ciąży postawiłam blog na nogi, koordynowałam wiele projektów, napisałam sporo ciekawych tekstów. Dało się? Dało! Dlaczego zatem narodziny dziecka miałyby być czymś strasznym i nie do ogarnięcia? Grunt to wszystko dobrze zaplanować (jak to mam w zwyczaju), a będzie można to ze sobą pogodzić.

Miałam świadomość, że może będę działać ciut wolniej, ale byłam przekonana, że na pewno uda mi się popracować godzinę, dwie godziny dziennie. Pozytywne nastawienie to podstawa. Trzeba wierzyć, bo nie po to coś się budowało, żeby miało się zmarnować, czyż nie? Do tego prywatnie i ponadprogramowo zrzucić zbędne kilogramy najlepiej w ciągu tych 60 dni. Ach, ta moja naiwność…!

STAN FAKTYCZNY

czyli bez obłudy o tym, jak jest naprawdę

Dało się wyczuć, że z realizacji moich planów nie do końca jestem zadowolona. Mówiąc brutalnie: po tych dwóch miesiącach powrót do rzeczywistości i stałych nawyków, pracy i biznesu po prostu się nie udał. Nie, żebym nic kompletnie nie robiła, bo czasem robiłam małe rzeczy, które można zrobić maksymalnie w pół godziny (np. odpisywałam na e-maile), ale nic poza tym. Macierzyństwo pochłonęło mnie do reszty. Przede wszystkim zawładnęło moim snem i domem. W każdej wolnej chwili, kiedy mała zasypiała (a od początku nie grzeszyła zbytnią częstotliwością snu), musiałam odpoczywać lub ogarniać przestrzeń do życia. Liczba obowiązków – tych małych i dużych – zwiększyła się o 50 procent. Nie ma też pracy bez energii, a ta przecież bierze się z pożywienia, na które sprytnie musiałam znajdować czas między sprzątaniem a karmieniem Zuzi.

Nie wiem, czy inni też tak mieli, ale zwyczajnie poprzestawiały mi się w głowie priorytety i przez pewien czas nie mogłam patrzeć na komputer. Nie chciałam przegapić tych pierwszych, jakże ważnych momentów w rozwoju. Żaden kurs online czy post na blog z tym nie wygrywały.

Wyrzuty sumienia systematycznie zwiększały się, ale zamiatałam je pod dywan. W teorii miałam pisać artykuły, będąc w domu z dzieckiem; praktyka pokazała, że znalezienie dwóch godzin i pełne skupienie się na opracowaniu wpisu po prostu jest poza moim zasięgiem. W sumie wszystko, co wymaga świeżego umysłu, skupienia dłuższego niż 30 minut lub szerszej refleksji i planowania (np. nowych celów biznesowych na 2017 rok) jest poza moim zasięgiem. Muszę przyznać, że w styczniu dopadło mnie z tego powodu obniżenie nastroju.

Nie mogłam pogodzić się z tym, że ja, kobieta pełna pomysłów, zupełnie nie mam kiedy ich realizować.

W nocy i wieczorem byłam wrakiem człowieka i nie nadawałam do pracy się. W ciągu dnia też się nie udawało. Kocham moje dziecko, ale brakowało mi pracy. Przez chwile przeklinałam biznes na własny rachunek i zazdrościłam koleżankom, które po prostu udawały się na roczny macierzyński i nie miały tych wszystkich myśli w głowie. Cisza na blogu od prawie trzech miesięcy nie poprawiała mi humoru. Z kilogramami też nie udało się w te moje magiczne 60 dni, aczkolwiek tu i tak nie mogę narzekać.

PLANY NA PRZYSZŁOŚĆ

czyli jak będzie, jaki mam plan na pogodzenie dziecka, firmy i prywatne życie

Obiecałam sobie, że gdy ktoś mnie zapyta, jak to jest z tym macierzyńskim i wychowywaniem dziecka, to nie będę wszystkiego przedstawiać w różowych okularach. Oczywiście każda z nas prowadzi inny biznes, inaczej przechodzi ciążę, ma inne dzieci i priorytety. Dla jednych może to być superproduktywny czas (zwłaszcza jeśli z pomocą przychodzą bliscy), dla innych dość samotny i monotonny. Trzeba przygotować się na każdą ewentualność i nauczyć się odpuszczać – to jest moja cenna lekcja, którą wyniosłam z tego doświadczenia. Trzeba dać sobie – i dziecku – czas. Nauczyć się współegzystować.

Wydaje mi się, że właśnie doszłam do tego momentu i jestem gotowa wrócić do życia w pełni – już nie tylko jako przedsiębiorcza kobieta, lecz także jako matka! Matka, która ma zamiar się realizować i być szczęśliwa. A ponieważ żyję na emigracji, bez opiekunki, choć na 2–3 dni się nie obędzie 😉

A jak Ty radzisz sobie z tą sytuacją i godzisz swoją firmę z wychowywaniem dziecka? (o ile jesteś też biznesmamą.)

MOJE WNIOSKI 

  • Bez pomocy z zewnątrz (babci, żłobka, asystentki) naprawdę jest trudno utrzymać biznes na tym samym poziomie (lub podobnym) co wcześniej. Warto pomyśleć o tym przed porodem i swoje plany w pierwszym roku podzielić na pół, żeby uniknąć rozczarowania i wypalenia.
  • Aby nie męczyły nas wyrzuty sumienia warto na jakiś czas (a najlepiej na zawsze) przestawić swoje priorytety.
  • Na wszystko potrzeba czasuDziecko to ogromna zmiana, nowe umiejętności, nowa rola, którą chcemy wypełniać jak najlepiej. Nie dajmy się zwariować rutynie i nie nakładajmy na siebie presji. Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, ponownie złapiemy wiatr w żagle. Do wszystkiego trzeba dojrzeć; przede wszystkim należy zadbać o swoje potrzeby.
  • Fascynujące jest to, jak zmienia się klucz doboru znajomych; nagle pojawia się pragnienie spotykania się z osobami, które rozumieją Twoje rozterki. Nie wiedziałam, że ta potrzeba jest tak mocna.
  • Warto wykorzystywać urlop macierzyński i spacery z dzieckiem na rozmyślania o sobie, swojej karierze, swoich planach. Nigdy nie będziesz miała tyle czasu, żeby to robić.
  • Na koniec stwierdzam, że my, kobiety, jesteśmy niezniszczalne i nad wyraz silne. Nie dość, że rodzimy dzieci i szybciutko musimy się nauczyć ich ,,obsługi”, to jeszcze w tym samym czasie koordynujemy obowiązki domowe, wychowanie dziecka i biznes. W dodatku siedzimy z niemowlakiem po 10–12 godzin w domu, gdy mąż jest w pracy, i udaje nam się nie zwariować.

    Ostatnio jestem pełna podziwu dla naszej płci. I nie mogę się doczekać momentu, w którym powiem mężowi, że wychodzę na 10 godzin, daję mu pod opiekę małą Zuzię i proszę o ogarnięcie obiadu i innych domowych spraw. Zobaczymy, w jakim stanie będzie wieczorem jego umysł. Bo przecież my, matki, robimy to codziennie 🙂 W dodatku myślimy jeszcze o tym, jak się rozwijać i prowadzić nasze kobiece biznesy. Chapeau bas!

PS. Dla wszystkich kobiet, a w szczególności tych, które właśnie zostały mamami i albo  prowadzą już swoje biznesy, albo dopiero o tym myślą, przygotowałam kilka niespodzianek  z okazji  Dnia Kobiet (8 marca) m.in. nowy prezent do ściągnięcia całkowicie bezpłatnie.

Dodatkowo 8 marca blog obchodzi swoje 1 urodziny! 

Śledź uważnie bloga/ fanpage lub moją Lawendową grupę na FB, aby niczego nie przegapić.  A jeśli podoba Ci się ten artykuł, podziel się nim w Twoich ulubionych social media za pomocą przycisków znajdujących się poniżej”.

Trzymam kciuki za wszystkie przedsiębiorcze mamy.

Ania

You Might Also Like