15 In Emigracja/ Lawendowe historie

Lawendowa Historia – Jak pogodzić bycie mamą, właścicielką biznesu online i życie na emigracji, by nie zwariować?

 Ale ja przecież nie jestem emigrantką.

Nigdy nie myślę o sobie jak o emigrantce. Mieszkam pod Manchesterem już ponad 8 lat, mam własny dom z ogrodem, firmę i dwójkę dzieci, które częściej podróżują samolotem niż autobusem.

Dla mnie emigrant to ktoś kto z trudem się przyzwyczaja do obcego kraju, tęskni za Polska i planuje jak by tu wrócić. Ktoś, kto czuje się obco.

Nie myślę o sobie jak o emigrantce, ponieważ nie czuje się jakbym była daleko. Mój brat mieszka pod Krakowem i żeby dojechać do mamy na Mazury zajmuje nam obojgu tyle samo czasu. Jedyna różnica, to paszporty w mojej torebce.
Ja nie czuje się jak emigrantka, ponieważ nie patrze na ludzi pod względem ich narodowości. Fascynuje mnie kultura innych osób — ale uważam ze ważniejsze, jest to, jakimi są osobami, nie skąd pochodzą.

Pracuje z osobami z całego świata, niemal od samego początku. Kiedy mnie poproszono żebym przemawiała na temat eksportu i prowadzenia międzynarodowej firmy — ponownie, byłam zaskoczona. Nawet nie pomyślałam że ja ‘eksportuje’ cokolwiek. A już to że prowadzę globalną firmę z laptopa i iphona?

 

To było dla mnie normalne. Nawet nie pomyślałam, że mogłabym inaczej.

Dla osób, które myślą że globalna firma to wieżowiec ze stali i szkła, klimatyzowane biuro i pan prezes – to jest szok kulturowy. Firmy, które działały od 50 lat na lokalnym rynku nie mogą pojąć jak ja miałam odwagę ‘zdobyć’ klientów zza oceanu.

Ale ja miałam dwójkę małych dzieci, które spały na górze a ja pracowałam na laptopie w jadalni. Znacie ten mit, że kobiety zakładają biznes ‘na kuchennym stole’? Moja kuchnia jest za mała na stół – a własnego biurka dorobiłam się dopiero niedawno, gdy zaczęłam przygodę z instagramem i potrzebowałam ładnego tła do zdjęć. Brzmi to prozaicznie, ale tak jest naprawdę – miałam klientów zza oceanu bo oni wstawali, gdy moje dzieci się kładły spać.

Dla mnie to było logiczne, że znalazłam klientów tam, gdzie mi było wygodnie. Że moje godziny pracy dostosowały się do rytmu i wymagań rodziny, a nie odwrotnie. Nie miałam czasu chodzić na lokalne spotkania ‘networking’ i wymieniać się wizytówkami. Nie musiałam wydawać pieniędzy na biuro, bo nikt z Australii nie przyjedzie do mnie na kawę. Moja inwestycja to dobry, szybki laptop – zmieniam je co 2 lata bo po prostu nie wytrzymują ogromu pracy, jaki ja wykonuję.

Teraz mam MacBook Pro i jest fajny, ale to był też szok dla mnie przejść z windowsa. Wszystko inaczej. Na początku była mega frustracja i płakałam i wyrzucałam sobie, że wydałam furę pieniędzy na coś, co mnie denerwuje, zamiast pomóc pracować szybciej. Ale już się przyzwyczaiłam. I faktycznie, jak czasami muszę włączyć mego starego laptopa, to ten jest szybszy.

I to jest pierwsza zasada prowadzenia biznesu dla kobiet – inwestuj w siebie.

Inwestuj w to, czego używasz codziennie do pracy, bo dobry sprzęt to podstawa. To nie jest ‚niepotrzebny’ wydatek bo ty ‚możesz’ pracować na starym gracie. Jasne, ze możesz. ale straconego czasu nikt ci nie odda, wiec jak tylko będzie cię stać – kup lepszy. Dla tego mam najlepszy laptop jaki znalazłam, najszybszy internet, i świeże kwiaty na biurku. Bo jestem tego warta. Bo to sprawia, że moja praca idzie mi szybciej i jest przyjemniejsza. Kiedyś myślałam, że świeże kwiaty to strata pieniędzy.

Teraz wiem, ze samo myślenie że coś, co sprawia mi przyjemność jest niepotrzebnym luksusem sprawia, że zarabiam mniej – i umówmy się, świeże kwiaty to nie jest niesamowita suma, wiec nie muszę odkładać tego ‚luksusu’ na czasy, gdy bede milionerką. 

Wiele osób się mnie pyta, jak ja tak mogę wierzyć w siebie. Jak ja mogłam ot tak założyć firmę i konkurować z firmami z całego świata.

 

Ja, mama dwójki małych dzieci, emigrantka w UK. Tylko, że ja naprawdę nie widziałam innego wyjścia. Nie mam nikogo, żeby zajął się dziećmi. Moja praca w biurze sprzed dzieci ledwo pokryłaby koszty przedszkola…bo w UK dobra opieka nad dziećmi jest droga a jak dzieci chorują, to nie dość że za przedszkole płacisz to i trzeba wziąć dzień wolnego – podwójna strata finansowa.

Więc powiem wam, jak się zdobywa tę pewność siebie: podkasujesz rękawy i działasz.

Żeby zacząć coś swojego, zamiast liczyć na życzliwość pracodawcy, że nie zwolni cię jeżeli dzieci przechodzą ospę 3 tygodnie – bo takie są realia życia matki. Jak dzieci są chore, to chcą mamy, nie niani, cioci ani taty. I mama też chce być z dziećmi wtedy.

Wyliczyłam, ile by mi zostało ‘na rękę’ po odliczeniu kosztów opieki nad dziećmi, dojazdów i tym podobnych. I ta dużo skromniejsza suma była moim pierwszym celem, nie cała poprzednia pensja. Nie stawiałam sobie za celu zarobienia milionów, gdy dzieci były małe – tylko tyle, żeby przetrwać.

Paradoksalnie, zarobiłam dużo więcej niż sobie założyłam

W każdym momencie wiedziałam, że mogę powiedzieć stop, już mi starczy. Bo gdybym była na pensji, to bym się nawet nie zastanawiała, prawda? Dana kwota na miesiąc, na rok by była ustalona z góry i tyle. I ten brak presji sprawiał że po prostu było łatwiej.

W międzyczasie, zarabiałam coraz więcej, pracując mniej. To był mój świadomy wybór – dobić do pewnej kwoty a potem zwiększyć ją – ale bez zwiększania czasu pracy. Moje dzieci zaraz zaczną szkołę i będę mieć 30 godzin tygodniowo na pracę. W ciągu dnia. Luksus.

Moje dzieci mają teraz 4 i 6 lat. Żebym mogła pojechać na konferencję w Londynie, gdzie mówiłam o tym jak zdobywać klientów przez internet – potrzebna była armia ludzi. Nie było mnie 3 dni i pierwszy raz byłam gdzieś bez dzieci – i jak pomyślę, że mamy pracujące w ‘normalnej pracy’ mają to na co dzień? I one uważają tę żonglerkę za normalne? Dla mnie to jest odwaga i determinacja i oznaka siły charakteru. Prowadzenie własnego biznesu jest łatwe, bo pracuję wtedy, kiedy mogę. Tak, czasami po nocach. Czasami wcześnie rano. Czasami stając na rzęsach.

Kolejne pytanie, które często słyszę, to jak jak właściwie pracuję – skoro prawie nigdy się nie spotykam ze swoim klientami. Na co zazwyczaj odpowiadam pytaniem – czy ty ze swoimi klientami spotykasz się twarzą z twarz za każdym razem, gdy trzeba coś przekazać? Na pewno nie – rozmawia się przez telefon lub wysyła e-mail. I klienci zza oceanu nie są wcale dalej niż ci, co mieszkają w tym samy mieście – jeśli rozmawiasz z nimi przez Skype i wysyłasz meile.

I to jest właśnie te przysłowiowe ‘ think outside of the box’ bo nie ma żadnego pudelka. Nie ma ograniczeń.

Dzięki internetowi, możemy być w kontakcie z osobami z całego świata, tak jak gdyby były bardzo blisko. Odległość nie ma znaczenia.

I to jest główny powód dla którego nie czuję się emigrantka. Mój tata był wojskowym, więc się często przeprowadzaliśmy. Zawsze mieszkaliśmy dalej, niż reszta rodziny. I nikt nie pyta się żon ani dzieci wojskowych – jak oni sobie radzą, gdy trzeba się przeprowadzać co kilka lat, zmieniać mieszkanie, znajomych i szkoły. Ale teraz odległość nie ma takiego znaczenia. Samoloty są tanie, rozmowy video przez internet praktycznie za darmo – odległość naprawdę nie ma znaczenia.

No chyba, że chcesz wyjść na randkę z mężem a nie ma pod bokiem pomocnej rodziny. Ale jeśli chodzi o biznes? Teraz jest nam, kobietom, mamom, emigrantkom łatwiej niż kiedykolwiek. Bo nie ma ograniczeń. Świat stoi otworem.

A jak ci życie daje cytryny, zrób z nich szampana i niech inni się zastanawiają, jak tego dokonałaś.

 

 

 

lawendowe historie, hiastorie na emigracji    Marta Krasnodębska

„Pomagam kreatywnym kobietom zbudować biznes online, który pasuje do ich stylu życia, nie jest ważne czy mieszkają w Londynie, Nowym Yorku czy Krakowie. Moje klientki to popularne blogerki, autorki kursów i książek i ogólnie babki z klasą, które miały dość czekania na sukces i stworzyły go sobie same. Ja im pomagam wyrzucić ze słownika słowo „niemożliwe”, zaistnieć w sieci i wypracować strategie, które pomnożą dochody i zmniejszą nakład pracy. Moja strona to martakrasnodebska.com a moja nowa grupa na Facebooku to Sassy Entrepreneurs Mastermind – zapraszam serdecznie!”

You Might Also Like