6 In Lawendowe historie

Biust w wielkim mieście – czyli Polka w Berlinie i brabiznes

 

Miejscowy pastor odwiedził moją teściową z pytaniem, czy wszystko w naszej rodzinie w porządku.

Koleżanki z pracy pukały się (mniej lub bardziej jawnie) w czoło, miny kolegów wyrażały całą gamę uczuć – od szczerego zatroskania o moje zdrowie psychiczne po „przewaliło się babie w głowie na stare lata“.

Ja jednak wiedziałam jedno – muszę odejść z etatu. Byłam przekonana, że moment, który kiedyś jawił mi się jako ewentualna, niesprecyzowana opcja na bliżej nieokreśloną przyszłość właśnie nadszedł. Chwila, w której przyznałam – tak, nie chcę już nigdy pracować dla kogoś, chcę pracować dla siebie.

Taka decyzja nigdy nie jest prosta, ale trudno ją podjąć po dwunastu latach pracy na dobrze płatnym stanowisku na uniwersytecie, gdy ma się duży dom z ogrodem, dwa samochody, sześć tygodni płatnego urlopu i – patrząc z boku – żadnych materialnych trosk. A jednak… podczas bezsennych nocy wciąż powracały pytania – czy to wszystko, co mnie czeka przez następne dziesięciolecia? Aż do dobrej, spokojnej emerytury? Czy nic poza monotonnym, dającym się z góry przewidzieć planem dnia już się nie wydarzy? A co, gdy będę żałować, że nigdy nie spróbowałam sprawdzić, na co mnie na prawdę stać? Czy rzeczywiście chcę robić to, co robię, spędzać czas wśród sfrustrowanych ludzi, którzy mnie nawet nie bardzo lubią, słuchać złośliwych plotek o innych, narzekań na pogodę i system polityczny oraz cudzoziemców (dopóki rozmówca nie zreflektuje się, że ja przecież też jestem obca). Pojawiały się myśli o tym, że ustabilizowane życie i względny dobrobyt, do którego dąży przecież tylu ludzi nie daje mi szczęścia, że życie w małym, bardzo tradycyjnym mieście w niemieckiej Nadrenii Północnej, gdzie wciąż czuję się obca, nie satysfakcjonuje mnie, że chciałabym być gdzieś indziej… słowem tkwię w innej bajce. Życie mija mnie jak szybkobieżny pociąg, a ja stoję na peronie i nawet nie mam odwagi do żadnego z nich wsiąść.

W końcu jednak, w styczniu 2014 nadszedł dzień, kiedy postanowiłam zebrać wszystkie moje głębokie przemyślenia, pomysły na życie i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie – jakie to życie, którego chcę, ma wyglądać? Jak mogę wykorzystać w nim zdobyte doświadczenia i umiejętności?

Bezpośrednim impulsem do zrobienia owego rachunku sumienia na poważnie okazała się dla mnie znakomita książka Jacka Canfielda „How to get from where you are, to where you want to be“. Pochłonęłam ją w niecałe dwa dni, a po przeczytaniu ostatnich zdań stwierdziłam, że to jest ten moment. Im więcej myślałam o tym, co chcę zmienić, tym wyraźniej widziałam przed sobą i cel tej podróży i drogę.

Na początku wiedziałam jedynie, że chcę mieszkać w dużym mieście i mieć swój biznes. Po konsultacjach z mężem i córką, doszliśmy do wniosku, że miastem tym będzie Berlin.

W tym samym mniej więcej czasie jedna z moich znajomych założyła niewielkie studio brafittingowe w Moguncji i odniosła spektakularny sukces, choć zrobiła to niemal bez pieniędzy i na bardzo podstawowym jedynie otowarowaniu. Okazało się, że Niemcy to – choćby w porównaniu do Polski – brafittingowa pustynia. A ja zawsze wychodziłam z, jak się okazało, błędnego założenia, że tu wszystko jest!  O ruchu brafittingowym mało kto słyszał i koleżanka trafiła na prawdziwą lukę na rynku, ale też okazało się, że istnieje ogromna potrzeba na indywidualne doradztwo. Kobiety są wdzięczne za uczciwe, szczere rady, za poświęcenie im czasu.

 

A ja przecież… zawsze lubiłam się mądrzyć! Wracając pociągiem z Moguncji po kilkudniowym kursie i praktyce u Kasi, oczyma wyobraźni już widziałam swój przyszły sklep i mieszkanki Berlina przechadzające się ulicami miasta z torebkami z logo mojej firmy. Muszę przyznać, że już samo to wyobrażenie sprawiło, iż poczułam znów ogromną ochotę do zmian. Decyzja, która tak zbulwersowała naszych sąsiadów i znajomych w S. – zapadła!

Co pozostało do zrobienia? Same drobiazgi jak sprzedaż domu, znalezienie mieszkania, lokalu na sklep, jego wyremontowanie, wymyślenie nazwy i logo, zamówienie towaru, obmyślenie strategii marketingowej.

Do dziś nie wiem, jak to możliwe, że zdołaliśmy to wszystko zrealizować w zaledwie pół roku! Czasem myślę, że gdy zaczynamy działać w zgodzie ze sobą, spotykamy odpowiednich ludzi, zdarzają się korzystne sytuacje. Wszechświat nam sprzyja!

braf2

Zdawałam sobie oczywiście sprawę z tego, że mieszkańcy niemieckiej stolicy mają do dyspozycji wiele marek z całego świata, eleganckie sklepy, a każdego tygodnia otwierają się w mieście restauracje, butiki i galerie handlowe. Zaczęłam więc analizować rynek i zastanawiać się, czym mogę wyróżnić akurat moją firmę. Postanowiłam, że jednym z wyróżników będzie obecność w moim sklepie polskich firm. Wiedziałam, że niektóre z nich są w Niemczech już znane internetowo wśród hobbystek, ale trudno dostępne stacjonarnie. Inne – zasługują na uwagę, ale jako małe rodzinne przedsiębiorstwa nie mają środków na reklamę w mediach lub kosztowne pobyty na międzynarodowych targach bieliźnianych. Nawiązałam więc odpowiednie kontakty, odwiedziłam firmy w Polsce, przekonałam się naocznie, jak szyta jest tam bielizna, z jakich materiałów. I – jak wiele mamy w tej dziedzinie do zaoferowania!

Drugą zasadą, którą wprowadziłam, jest dawanie szans młodym projektantom bielizny, sprzedającym jedynie poprzez internet. Bardzo często są to ciekawe projekty, które jednak nie mają możliwości zaistnieć w handlu detalicznym. W moim sklepie jest to możliwe na zasadach, które wspólnie ustalamy.

Postanowiłam też osiedlić się w mało jeszcze (wtedy) popularnej, lecz rozwijającej się dzielnicy w dawnym Berlinie wschodnim, gdzie infrastruktura sklepów jest słabiej rozwinięta niż w zachodniej części miasta, a czynsze jeszcze na ludzkim poziomie. Mimo tego, że nie mam wykształcenia związanego z ekonomią czy zarządzaniem, wiele rzeczy – jak się okazało – robiłam dobrze. Do tego zaliczam trzymanie na możliwie niskim poziomie kosztów stałych. W okolicy nie miałam i do tej pory nie mam bezpośredniej konkurencji. Z tymi, ogólnie nakreślonymi zasadami, postanowiłam wystartować.

 

Trzymam się również konsekwentnie reguły – lepiej nie sprzedać nic, niż sprzedać coś, co nie pasuje.

Obsługuję klientki tak, jak sama chciałabym być obsłużona. Pracuję jedynie z firmami, które uczciwie podchodzą zarówno do warunków produkcji, jak i do kontaktów ze sklepami. Stawiam na jakość i uczciwą cenę.

Nikt nie jest oceniany, nikt nie słyszy wartościujących ocen, bowiem żadne ciało nie jest w żaden sposób lepsze od innego. Pracujemy zgodnie z filozofią accept every body. Obsługujemy nie tylko kobiety, ale i mężczyzn dotkniętych gynekomastią, osoby transseksualne – każdy może być naszym klientem.

 

Czy to jest właściwa droga do sukcesu? Na pewno nie jest to droga na skróty. Szczerze mówiąc, zdarzało mi się w to wątpić, kiedy patrzyłam na tłumy kłębiące się w sklepach dyskontowych, w których podkoszulki kosztują 2 EUR. Jednak kiedy moje klientki wracają, przyprowadzając jeszcze swoje przyjaciółki, siostry czy mamy, kiedy polecają mój sklep swoim znajomym, albo przynoszą kwiaty, własnoręcznie wykonane ciasta czy dżemy myślę sobie – aha, coś jednak widocznie robię dobrze! Jestem dumna z tego, że klientki (i klienci) mają do mnie zaufanie. Moich klientów postrzegam jako moich pracodawców – pracuję nie tylko na swoje pieniądze, ale chcę zbudować z nimi dobre, oparte na zaufaniu relacje. Fakt, że to się w większości przypadków udaje, postrzegam jako duży sukces.

braf3

Po dziesięciu miesiącach działalności portal qiez.de specjalizujący się w przedstawianiu miejsc na dobre zakupy zaliczył nas do sześciu najbardziej godnych polecenia sklepów z bielizną w Berlinie. Mieliśmy też swój występ w telewizji RTL II.

Cóż mogę powiedzieć po ponad roku działalności?

Warto było spełniać marzenia! Kreowanie własnej firmy to wyzwanie, ale też ogromna przyjemność. Szlifuje charakter, wzmacnia odpowiedzialność, uczy wychodzenia poza własną strefę komfortu, daje możliwość poznania wielu wspaniałych, interesujących osób. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek – błędów nikt się nie ustrzeże. Ja do swoich dumnie zaliczam zamówienie nietrafionego towaru bez możliwości zwrotu i potem myślenie, jak się go pozbyć, zainwestowanie w nietrafione środki reklamowe. Ale na szczęście są to błędy, które można naprawić. Nie obyło się bez strachu (przed pierwszymi klientami) i nie obyło się czasem bez łez – ze zmęczenia, z wysiłku i refleksji, że w połowie życia zaczyna się właściwie wszystko na nowo, w całkiem nowej branży.

W tej chwili nie wyobrażam sobie powrotu na jakikolwiek etat. Mam nowe pomysły, marzenia, konkretne plany. Mój sklep to nie tylko sprzedaż, to miejsce, w którym każda kobieta jest ważna, a ja pracuję nad tym, żeby była zadowolona.

A ja – ja jestem usatysfakcjonowana. Całkowicie. I dlatego działam dalej i chcę więcej.

———————–

braf1

Agnieszka Stępnikowska-Berns (46), jest doktorem językoznawstwa, tłumaczką języka niemieckiego i francuskiego, trenerką komunikacji interkulturowej i wieloletnią wykładowczynią języka niemieckiego na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie w Siegen (Niemcy). Przez trzy lata kierowała Polsko-Szwajcarską Izbą Przemysłu i Handlu, od 2014 właścicielka studia brafittingowego Brafinette w Berlinie.

Fanpage Agnieszki – https://www.facebook.com/brafinette/?fref=ts&__mref=message_bubble

 

 

 

You Might Also Like

  • Inspirująca historia 😃

    • Brafinette Berlin

      🙂

  • Fajnie. Mieszkam w okolicy to się wybiorę kiedyś:)

    • Brafinette Berlin

      Zapraszam serdecznie 🙂

  • Gratuluję odwagi, wytrwałości i oczywiście sukcesu! Ta droga jeszcze przede mną, ale mam nadzieję, że też mi się uda. Powodzenia w dalszym rozwoju i z kolejnymi pomysłami 🙂

    • Brafinette Berlin

      Dziękuję i również życzę sukcesów!